eutrofizacja
DCIM100GOPROGOPR6572.

EKO SŁOWNICZEK: EUTROFIZACJA, CZYLI O PUSTYNIACH TLENOWYCH W WODZIE ORAZ O TYM, ŻE CO ZA DUŻO, TO I ŚWINIA

Czy można przeżyźnić środowisko? Skąd się biorą sinice? Co to wszystko ma wspólnego z odchodami zwierząt? I dlaczego niedługo wakacje nad Bałtykiem mogą być trochę jakby za karę…

Eutrofizacja oznacza przeżyźnienie środowiska morskiego. Pojęcie, które należy tłumaczyć dosłownie jako ‘dużo pożywienia’ (od greckich słów ‘eu’ i ‘tropy’).

ze strony wwf.pl

Znacie na pewno tę historię. Jest lato, ciepło, wakacje, bikini ogolone, płetwy i parawan kupione, jedziemy nad morze. A na plaży informacja: ZAKAZ KĄPIELI. SINICE. Mnie tam jakoś to specjalnie by nie zmartwiło, bo ja się nie lubię kąpać w morzu, ale jednak jest to powód do zmartwień.

Zastanawialiście się kiedykolwiek, dlaczego kiedyś tyle tego toksycznego dziadostwa w Bałtyku nie było? A teraz jest. I się rozmnaża w najlepsze.

Ano rozmnaża się, bo dostaje nawóz. A dostaje nawóz, bo do morza trafia coraz więcej zanieczyszczeń – niedokładnie oczyszczone odpady przemysłowe oraz nawozy rolnicze i odchody zwierząt, których ziemia nie może wchłonąć. Można by pomyśleć, że nawóz dobra rzecz (jak twierdzi wielu rolników), ale niestety. Żyjemy w czasach nadmiaru. A wiadomo, że co za dużo, to i świnia nie chce.

Na czym polega eutrofizacja?

Eutrofizacja zaczyna się, kiedy do morza lub jeziora trafia zbyt dużo związków azotu i forsoru, które powodują ekspresowe namnażanie się glonów i sinic. Sprzyja temu także wzrastająca temperatura wód. Mówimy wtedy o tzw. zakwicie wody. Pływające po powierzchni rośliny blokują dostęp światła do niższych warstw morza, a światło w morzu, to fotosynteza i tlen – pamiętacie z biologii? Pamiętacie też pewnie, że ryby i rośliny potrzebują do życia tlenu? No właśnie. Na jakiś czas zwierzęta i rośliny zapas mają, ale kiedyś się te zapasy kończą. No i wtedy następuje koniec. Dla sinic i glonów też.

Jakie są skutki tej klęski urodzaju?

Kiedy glony i sinice umierają, lecą na dno, gdzie w normalnych warunkach uległyby szybkiemu rozkładowi. Ale w naszej nowej rzeczywistości z powodu eutrofizacji na dnie nie ma już za dużo tlenu, potrzebnego do ich rozkładu, no i zaczynają się komplikacje. Nie dość, że dla ryb i innych żywych istot tlenu zabrakło, to do rozkładu glonów i sinic też już za wiele nie ma. Na pomoc przychodzą więc bakterie beztlenowe. Tylko że w efekcie ich działania wytwarzany jest trujący siarkowodór, którego organizmy morskie nie lubią. Tak jak my nie lubimy sinic. Przez brak tlenu i nadmiar siarkowodoru morze lub jezioro fragmentarycznie umiera. Tak powstają “pustynie tlenowe”. W przypadku jezior prowadzi to w efekcie do szybszego ich wymierania i powstawania torfowisk.

Skąd ten fosfor, skąd ten azot?

Jak podaje WWF, obecnie aż 50% biogenów (głównie azotu i fosforu) spływających do Bałtyku pochodzi z rolnictwa. Ich źródłem są odchody zwierząt i nadmiar ilości nawozów, których rośliny uprawiane na polach nie są w stanie wchłonąć. Dzieje się tak dlatego, że trudno jest dokładnie oszacować, ile nawozów jest potrzebnych dla danej uprawy, więc profilaktycznie wylewa się na pola więcej niż mniej. A czego rośliny i ziemia nie przyjmą, spływa potem z deszczem do rzek. No i potem do morza.

Od 2018 roku w Polsce obowiązuje co prawda tzw. ustawa azotowa, która zabrania używania nawozów w określonych porach i sytuacjach (np. kiedy leży śnieg lub ziemia jest zamarznięta) oraz ogranicza użycie nawozów na terenach położonych blisko wód powierzchniowych. Ale prawo prawem, a sinice sinicami. Nadal mamy sporo do zrobienia w tym temacie, zwłaszcza że już raz nam się oberwało od Unii Europejskiej za niewystarczające działania.

A tymczasem powierzchnia martwych stref w Bałtyku wzrosła 10-krotnie w ciągu ostatnich 115 lat i zajmuje około 14% powierzchni morza – podaje WWF.

Czy da się coś z tym zrobić?

Są organizacje, które wiedzą, jakie zmiany systemowe są potrzebne. I które już swoje robią. Od 2017 roku działa też europejski Baltic Sea Action Plan, który wskazuje, jakie działania są potrzebne, aby poprawić stan wód w Bałtyku (skuteczność tego planu jednak lepiej pozostawić bez komentarza). Ale też my, zwykli obywatele, użytkownicy ziemi i wody, możemy się przyczynić do polepszenia stanu Bałtyku i polskich jezior naszymi codziennymi wyborami.

Bo to wcale nie jest tak, że jak ktoś mieszka w Krakowie, to ma mniejszy wpływ, a jak ktoś mieszka w Gdańsku, to pierwszy do tablicy. Jedzenie wędruje po świecie i nie wiadomo już ani trochę, czy to, co kupujemy na straganie z warzywami, to jest od okolicznych rolników, czy przejechało pół Polski. Podobnie jest z mięsem, które nieraz wędruje dziesiątki lub setki kilometrów z hodowli do ubojni. Nie wytropi się.

Co my małe żuczki możemy więc zrobić, żeby było lepiej?

  • Możemy ograniczyć spożycie mięsa. A jeśli jemy mięso, to to z małych gospodarstw lub ekologiczne, które wiemy, jak powstaje. Małym hodowlom łatwiej jest przerobić zwierzęce odchody na nawóz i nie produkują go w nadmiarze.
  • Wybierajmy produkty ekologiczne lub ze znanego źródła – te, które nie są nawożone sztucznymi nawozami. Nie jest to łatwe zadanie, bo zużycie nawozów azotowych w Polsce cały czas rośnie (jesteśmy do tego jednym z największych producentów nawozów w UE). Ale może warto zacząć od chwili refleksji i raz na jakiś czas zamówić produkty od eko rolnika.
  • Możemy też ograniczyć używanie chemii w domu, bo ścieki z ich produkcji i z ich użycia nie są wystarczająco dobrze oczyszczane i też trafiają do rzek.
  • Możemy wspierać finansowo organizacje, które zajmują się działalnością ekologiczną w tym temacie. Oni wiedzą, jakie kroki należy podejmować, żeby zmienić system.
  • No i oczywiście możemy też przekazywać wiedzę dalej, bo im więcej świadomych konsumentów, tym większa szansa na zmianę.

Moje źródła: wwf.pl, ungc.org

To nie jest artykuł naukowy, jedynie moje wnioski z materiałów, które przeczytałam. Jeśli w jakimś punkcie coś się nie zgadza ze stanem faktycznym, proszę nie hejtować, tylko podać odnośniki do aktualnych danych.

Dodaj komentarz