o blogu

MANIFEST BLOGOWY: O WYCHODZENIU NA ARENĘ ORAZ O POTRZEBIE RATOWANIA ŚWIATA BEZ RADYKALIZMU

…oraz dlaczego na moim blogu nie znajdziecie wystylizowanych na fą fę obrazków jedzenia i odmierzonych co do grama przepisów, po co tu jest muzyka, a także o mniejszym i większym pół – czyli o szukaniu równowagi między humorem i powagą.

Pomysł na ten blog pojawił się, kiedy zaczęłam się zastanawiać, co jest dla mnie w życiu ważne. I co bym chciała w związku z tym robić. Co mi wychodzi? Co mi sprawia przyjemność? Moje poszukiwania informacji w temacie ekologii, odżywiania i szeroko pojętego świadomego życia w zgodzie z naturą, doprowadziły mnie do smutnego wniosku, że… potwornie mało wiemy. Żyjemy w czasach, kiedy prawie wszystko dostajemy gotowe, możemy kupić gotowe, więc nie zastanawiamy się, jak te rzeczy powstają i jaki mają wpływ na świat. Odcinek serialu “Jak to jest zrobione” o parówkach zaczyna się od momentu, w którym mięso idzie do mielenia. A jak powstaje to mięso, skąd ono przyjeżdża – o tym już w żadnym odcinku nie ma. Być może jest to jakiś nasz instynkt samozachowawczy, żeby nie poznać niewygodnej prawdy. Być może jest to kwestia kultury konsumpcyjnej. Nie zmienia to faktu, że mało wiemy.

Inna rzecz jest taka, że przez tę łatwość życia straciliśmy nie tylko ciekawość świata, ale także kreatywność i intuicję. Szukamy gotowych przepisów na blogach i w książkach kucharskich, bo są łatwo dostępne i nie trzeba myśleć. Zamiast uruchomić fantazję i posłuchać, czego nasze ciało potrzebuje, co lubimy. Tak jak kiedyś gotowały nasze babcie – instynktownie i z tego, co było. Wyrzucamy ogromne ilości jedzenia, bo nie musimy się martwić, że nie będzie nowego, świeżego. Nie myślimy, jakie to będzie miało konsekwencje dla środowiska, nie mamy szacunku dla ludzi, którzy to jedzenie dla nas zrobili.

Chciałabym, żeby mój blog był taką chwilą refleksji i inspiracji. Być może impulsem do działania i zmiany nawyków. Wiem, że to nie jest łatwe, dlatego daleka jestem od oceniania i wierzę, że małe kroki są lepsze niż stanie w miejscu. I do tego bym chciała inspirować. Nie do radykalnej zmiany stylu życia, wyprowadzania się na wieś, przechodzenia natychmiast na weganizm i usunięcia całego plastiku i chemii ze swojego życia, ale do zmiany tych nawyków, które nam nie służą albo nie są potrzebne do szczęścia. Krok po kroku.

Równowaga na blogu też musi być

POWAGA vs HUMOR

W ratowaniu świata humor i dystans są absolutnie niezbędne. Jeśli będziemy się tak wszystkim przejmować, to możemy stracić radość życia. Poza tym ja lubię humor. No więc humor musi być. Ale są sprawy, które wymagają refleksji i poważnego rachunku sumienia. Więc czasem będzie też bardziej poważnie. Babcia mówi “większe pół” i “mniejsze pół” i ja bardzo lubię te określenia. Czasem dobrze jest, jak większe pół jest na wesoło, a czasem – jak jest na poważnie.

RADYKALIZM vs PRAGMATYZM

Radykalizm jest potrzebny. Nie mam co do tego wątpliwości. Bez niego nie byłoby zmiany. Ale… nie zawsze to jest najlepsza strategia do celu. Trudno jest wprowadzać radykalne zmiany w życiu, zwłaszcza jeśli nie wynikają one z konieczności – np. takiej, że zawaliło nam się zdrowie. Ale nawet wtedy nie jest łatwo. Stawianie sprawy na ostrzu noża, jak to czyni wielu aktywistów, często też powoduje efekt odwrotny do zamierzonego. Choćby dlatego, że nikt nie lubi, kiedy mu się mówi, jak ma żyć. Dlatego ja zdecydowanie jestem za opcją pragmatyczną. Napiszę o tym kiedyś więcej.

TEMATY TABU vs NIE WYPADA

Czasem się dziwię, że w dzisiejszych czasach nadal jeszcze istnieją tematy tabu. Tematy, na które się nie rozmawia. Słowa, których się nie używa. Problemy, o których się nie mówi. Może jest ich mniej, ale nadal istnieją. W mojej definicji autentyczności nie ma miejsca na tematy tabu, bo tabu to jest wstyd, a wstyd nie jest dla nas niczym dobrym. W tej konkurencji więc raczej “nie wypada” nie wygra.

FOTOGRAFIA ARTYSTYCZNA vs ZDJĘCIE NA TLE ŚCIANY

Kiedy wchodzę czasem na różne kulinarne blogi, to się zastanawiam, co jest tam ważniejsze – jedzenie czy zdjęcie tego jedzenia. Fajnie jak potrawa ładnie wygląda, ale to czasem może działaś demotywująco. No bo kiedy patrzymy na takie piękne danie i postanawiamy je zrobić, a potem ono nie wygląda tak, jak na zdjęciu, to to jest prosta droga do zniechęcenia. Z drugiej strony kiepska fota też może zniechęcić. Tutaj sprawa jest nierozstrzygnięta. Inna rzecz jest taka, że mi szkoda czasu na stylizacje, kiedy jedzenie stygnie. Więc z czystego lenistwa nie będzie póki co fą fę stylizacji. Na pewno dopóki moja kuchnia przypomina pole walki. Myślę też, że w gotowaniu nie chodzi tylko o efekt końcowy, ale o cały proces kreatywny. O bycie ze sobą w tym. I to mi się wydaje ważniejsze niż doznania wzrokowe. Ale może się mylę.

PRZEPISY SKOŃCZONE vs MIEJSCE NA IMPROWIZACJĘ

Zamieszczanie przepisów na blogu z podaniem dokładnej ilości składników wymaga zapisania tych składników, kiedy się gotuje. A ja o tym nie pamiętam. Często też sypię przyprawami na oko. I w ogóle wszystko jest na oko. I też nigdy nie ma pewności, że taka dokładna ilość, to jest ta idealna. Ja wierzę, że każdy ma inne kubki smakowe i inne przyzwyczajenia, więc nie ma przepisów idealnych. Są jakieś zasady, przydają się czasem inspiracje, podpowiedzi co z czym łączyć, ale ostatecznie to my sami wiemy, co chcemy jeść. A jeśli nie wiemy, to warto eksperymentować i szukać. Dlatego ja wolę napisać dziesięć wskazówek, co można wypróbować, niż zamykać się w skończonym przepisie. Poza tym czasami też nie mamy wszystkich składników potrzebnych do zrobienia fą fę dania. I co wtedy? Wtedy trzeba ruszyć głową i uruchomić intuicję. Jeśli chcecie gotowce, to jest ich pełno w sieci i w księgarniach.

CENZURA JĘZYKOWA vs WULGARYZMY

Jeśli mówimy o autentyczności, to nie ma takiej opcji, żebym stosowała autocenzurę w swoich tekstach. Czasem więc będą latać wulgaryzmy. Może nie tyle, ile ze mnie wychodzi na żywo, ale jednak jest to jakieś takie moje i – choć nie każdemu to się podoba – będzie po mojemu. Sorry, mamo.

Agata na arenie

Jeszcze do końca nie wiem, jak znaleźć złoty środek w tym wszystkim. Tak żeby i mnie, i ludziom, i światu było dobrze. Są rzeczy, których trochę się boję. Na przykład ignorancji. No ale takie jest chyba życie aktywistów.

Z moich obliczeń wynika, że łatwiej jest nauczyć się nie przejmować, kiedy komuś się coś nie podoba, niż kiedy komuś nie zależy. Kiedy to, co dla nas jest ważne, ludzi nie obchodzi. Albo kiedy obchodzi nie te osoby, które ma obchodzić. Na przykład takich hejterów, którzy z nudów napiszą w jakimś komentarzu “łe, ale chujowy blog”. Albo ciotkę Grażynę, która powie “No ale Agatko, tak przeklinać publicznie i o swoich emocjach pisać, to nie wypada”.

Elizabeth Gilbert pisała w książce “Wielka magia”, że ludzie są zbyt zajęci swoimi własnymi dramatami, żeby się przejmować tym, co my robimy i czy robimy to dobrze. Że można na chwilę przyciągnąć ich uwagę, ale ostatecznie wszyscy wracają i tak do swoich dramatów. Nie ma więc sensu się przejmować. I ja sobie to bardzo biorę do serca.

Myślę też, że w tym całym ratowaniu świata może nie chodzi wcale o to, czy nam się uda czy nie (zwłaszcza w tak dużej sprawie). I też nie chodzi chyba o to, czy się to będzie podobać czy nie (zwłaszcza, że o gustach się nie dyskutuje). Może tak naprawdę chodzi tylko o to, żeby wyjść na arenę (którą ja nazywam czasem ringiem) i stanąć do walki. I ja tutaj wkleję fragment wykładu Brene Brown, bo to jest ważne (i kiedyś o Brene Brown napiszę więcej na pewno):

I wkleję też cały cytat po polsku, dla utrwalenia:

Nie kry­tyk się liczy, nie człowiek, który wska­zuje, jak po­tykają się sil­ni al­bo co in­ni mog­li­by zro­bić le­piej. Chwała na­leży się człowiekowi na are­nie, które­go twarz jest uma­zana błotem, po­tem i krwią, który dziel­nie wal­czy, który wie, co to jest wiel­ki en­tuzjazm, wiel­kie poświęce­nie, który ściera się w słusznych spra­wach, który w swych naj­lep­szych chwi­lach poz­nał triumf wiel­ke­go wyczy­nu, a w naj­gor­szych, gdy przeg­ry­wa, to przy­naj­mniej przeg­ry­wa z od­wagą, nie chcąc, aby je­go miej­sce było wśród chłod­nych i nieśmiałych dusz, które nig­dy nie poz­nały ani sma­ku zwy­cięstwa, ani sma­ku po­rażki. (Theodore Roosevelt)


Ten blog będzie na pewno bardzo ciekawą lekcją stania na arenie. Bo ja zawsze wolałam na backstage’u stać, ustawiać światła, nosić plakietkę “staff”, podpowiadać z budki suflera. Teraz jednak zapisuję na ścianie w kuchni #ciekawecosięwydarzy. I niech Ryan będzie ze mną.

One comment

Dodaj komentarz