pocztówka z serca

O GNIEWIE I STRACHU ORAZ DLACZEGO AKURAT TERAZ NIE CHCĘ PRZEKLINAĆ

Zauważyłam, że jest duża różnica, kiedy się coś robi w ramach sprzeciwu wobec zastanej sytuacji, a kiedy się to samo robi w ramach dążenia do zmiany sytuacji na lepsze. Inna jest energia, kiedy się mówi “nie chcę tego robić, bo nie chcę być nieszczęśliwa”, a inna kiedy się mówi “chcę to zmienić, bo chcę być szczęśliwa”. To może być ta sama złość, ten sam smutek i ten sam strach, ale inna energia i inna motywacja. Mam wrażenie, że od paru dni jesteśmy w tej energii i motywacji pierwszej. W energii “wypierdalać”.

Kiedy byłam młod(sz)a myślałam, że jak coś zrozumiem, to nie będę wtedy się denerwować. Że jak zrozumiem czyjeś intencje, schematy zachowań, potrzeby, traumy z dzieciństwa i tym podobne, to nie będę czuła gniewu, ani strachu, ani smutku, ani innych emocji. Złościć się nie chciałam, bo przecież złość piękności szkodzi (a ja poczucia piękności to bardzo długo nie miałam, więc bez sensu było jeszcze dodatkowo ryzykować). Strachu i smutku nikt nie lubi, wiadomo. Lepiej unikać. Nie dawałam sobie prawa do czucia i to jest long story, nie ma co się teraz grzebać w historiach z dzieciństwa, ale tak było, wierzcie mi na słowo. Całkiem niedawno jednak odkryłam, że to nie jest tak, jak myślałam. Że mogę rozumieć, ba, mogę nawet się z kimś zgodzić i mu kibicować, ale nadal czuć gniew, smutek, strach i wszystkie miksy jednocześnie. I mogę to czuć, bo na przykład nie pasuje mi forma działania, sposób komunikowania, nastawienie, motywacja, intencja.

Zauważyłam, że jest duża różnica, kiedy się coś robi w ramach sprzeciwu wobec zastanej sytuacji, a kiedy się to samo robi w ramach dążenia do zmiany sytuacji na lepsze. Inna jest energia, kiedy się mówi “nie chcę tego robić, bo nie chcę być nieszczęśliwa”, a inna kiedy się mówi “chcę to zmienić, bo chcę być szczęśliwa”. To może być ta sama złość, ten sam smutek i ten sam strach, ale inna energia i inna motywacja. Mam wrażenie, że od paru dni jesteśmy w tej energii i motywacji pierwszej. W energii “wypierdalać”.

Ja teraz czuję ogromny dysonans, choć może określenie “konflikt wewnętrzny” jest bardziej czytelne. Z jednej strony rozumiem te wszystkie kobiety, którym się odbiera prawo do decydowania o sobie – o sprawach życia lub śmierci, spokoju lub szaleństwa, siły lub bezsilności. Ja to bardzo rozumiem i moim umysłem absolutnie obejmuję i wspieram, kibicuję, podziwiam. Przyglądam się z ekscytacją, jakbym oglądała jakiś serial z gatunku thriller psychologiczny, w którym naprawdę nie wiem, co się za chwilę wydarzy. Ale z drugiej strony czuję jakąś złość. Czuję też strach, kiedy widzę tę kobiecą falę wkurwu, która taka jest nieobliczalna i mocno niesie ją energia “nie podoba mi się”, a nie energia “chcę zmiany na lepsze”. I gdzieś czuję, że ten wkurw taki wcale być nie musiał… gdyby… no gdyby… gdyby się tak nie kumulował w nas, kobietach, przez te wszystkie lata wierzeń, że złość piękności szkodzi, że nie da się powiedzieć “nie” bez przemocy i że “mój głos się i tak nie liczy” (mówiąc w dużym uproszczeniu).

Denerwuję się, kiedy czytam “wypierdalać”, choć kto mnie zna, ten wie, że mnie wulgaryzmy nie kłują i sama klnę jak szewc (mniej lub bardziej, sorry mamo). Ale teraz czuję złość na to “wypierdalać”, bo to jest takie przemocowe bardzo, że aż mnie to fizycznie boli i zapiera mi dech w piersi. I nic, że rozumiem, że kumam naprawdę, że wiem jak to jest, kiedy przychodzi moment, że się ta złość zaczyna ulewać małą szczelinką, a potem rozsadza wszystko i nie liczy ofiar. Wiem, że tak to działa – że nie da się przejść od bycia grzeczną dziewczynką do bycia świadomą zen kobietą bez tego rozsadzenia skały i wyrzygania całego gniewu, bo już się nie mieści i szczelinka nie wytrzymuje ciśnienia. Pamiętam jak się oberwało kiedyś niejakiemu Arkowi za wszystkich moich poprzednich facetów, kiedy mi ta złość puściła. No nie jestem z tego dumna. Ale taki jest to proces. Płynęłam na fali tej złości, dopóki nie nauczyłam się być z moimi emocjami i transformować je w przemyślane działanie (nie żeby zawsze mi wychodziło, nie oszukujmy się, ale się staram), zamiast wyrzygiwać te emocje na innych i obwiniać innych za nie. I dlatego teraz się tej kobiecej złości boję, bo wiem, że bez odpowiedniego wsparcia, takie rzyganie emocjami może być bardzo destrukcyjne. I autodestrukcyjne. Martwię się jak się ten serial skończy.

Czuję też duży niepokój i wkurzam się, kiedy widzę agresję skierowaną w stronę kościoła. I tu też nie chodzi o to, że ja staję po stronie księży. Bo akurat ja jestem z tych osób, które jak poczuły, że kościół nie jest ok (a pierwszy mój bunt miałam w wieku 8 lat), to nie było żadnego “co rodzina powie” i “bo tak wszyscy robią”. Podpisałam się pod hasłem “biskupie, mam cię w dupie” i przestałam chodzić do kościoła po skończeniu podstawówki. Przestałam też chodzić na wszelkie uroczystości kościelne. Nie byłam na chrzcie mojej bratanicy, bo nie chciałam się podpisywać pod tym działaniem. Nie byłam ostatnio też na ślubie znajomych, bo nie chciałam swoją obecnością dawać poparcia dla kościelnych sakramentów. To jest moja konsekwencja anty-kościelna. I dałam sobie do tego prawo – ryzykując, że się rodzina i znajomi obrażą. Ale się nie obrazili. I ja absolutnie rozumiem ten wkurw teraz. Ale widzę, jak bardzo to jest właśnie taki wkurw, który się kumulował. Nie od dziś wielu osobom się działania KK nie podobają przecież. Wielu wierzących niepraktykujących żyje w takim dysonansie poznawczym latami. Niektórzy coś z tym zrobili – przestali uczestniczyć w mszach, nie posłali dzieci na religię, itp. Ale podejrzewam, że mało kto tak naprawdę przeżył żałobę po stracie tego, w co wierzył, w co wierzyła jego rodzina. Prawdziwy wkurw na kościół i i żałobę po stracie ideałów. Wiele osób nadal tkwi w takim przekonaniu, że można się z kościołem nie zgadzać, ale dzieci trzeba ochrzcić dla świętego spokoju. A szczelina robi się coraz większa i ciśnienie rośnie. Bo to jest konflikt wewnętrzny dużego kalibru. I jak w końcu się okazało, że jednak jest granica wyrozumiałości dla tradycji i wiary, to te wszystkie konflikty poprzednie dały o sobie znać. I jebnęło. No i dobrze. Tylko czy mamy nad tym kontrolę? I ja w tym kontekście też czuję strach, ukryty pod tą złością, że to nie tak powinno wyglądać. Strach, że to się wszystko źle skończy. Że jak nie będziemy w tej walce o wolność uważni i świadomi swoich emocji i potrzeb, to na nic cała ta wojna. Bo ta fala wkurwu rozleje się po ziemi i spłynie do morza.

Obserwuję z przerażeniem kolejne nowe pomysły na protesty, akty niepsłuszeństwa, pozwy. Co chwilę wyskakuje mi napis “wojna” na moim wallu. Co dwie chwilę ktoś mnie zaprasza do jakiegoś wydarzenia zbudowanego na wkurwie. I czuję, że ja nie chcę w tym uczestniczyć. Rozumiem. Kibicuję. Wspieram myślami. Ale nie chcę być w tej energii przemocy i wkurwu. Problem w tym, że nie wiem, czy wolno mi nie chcieć?

I rozumiem też, że może nie da się inaczej. Że ta wojna jest nieunikniona. Że czara goryczy się wylała. Myślę nawet, że #możetoidobrze (mimo strachu, że może jednak niedobrze). Ale dziś poczułam, że być może jednak mam też jeszcze prawo do wolności wyboru, do decydowania, czy chcę w tych protestach uczestniczyć, czy nie chcę. Czuję, że to jest też ważna dla mnie wolność. I chwilami mam poczucie winy, że przecież ja jestem aktywistką z natury i powinnam się angażować w ważne dla świata sprawy, ale może można się angażować inaczej. Może można się angażować, działając na innym froncie, zajmować się innymi problemami, które też są ważne. I walczyć o lepszy świat w zgodzie ze swoimi wartościami – z takim samym wkurwem, strachem i smutkiem, ale jednak w innej energii.

I jeszcze na koniec tak sobie pomyślałam, że teraz tak bardzo chcemy walczyć o wolność, ale na co dzień nie doceniamy tego, co mamy. Nie doceniamy tej wolności, kiedy tkwimy w nieszczęśliwych związkach, choć nikt nas nie zmusza, kiedy męczymy się w pracy, choć nikt nas nie zmusza, kiedy robimy mnóstwo innych rzeczy – bo rodzina, bo wszyscy, bo “nie da się inaczej”. Nie doceniamy tej wolności, kiedy przychodzi czas wyborów. I albo nie głosujemy wcale, albo oddajemy głos na partie, z którymi tak bardzo mamy nie po drodze w kwestii wartości (ale… gospodarka). I wkurza mnie to teraz, bo pamiętam jak pisałam przed wyborami, że chuj nam z zajebistej gospodarki, kiedy zamordujemy wszystkie ważne dla nas wartości i w efekcie ta gospodarka też pierdolnie. No bo jak ma nie pierdolnąć?

Boję się, że za jakiś czas na mojej ścianie w kuchni, zamiast mądrych cytatów pojawi się napis “a nie mówiłam”. Bardzo bym tego nie chciała. Nie mam chyba puenty. Chciałabym wesprzeć kobiety inaczej niż protestami i przemocą, działaniem z empatii i miłości, ale nie wiem jak to zrobić. Jest mi smutno, że nie wiem. Mimo wszystko wierzę w happy end, bo przecież jestem idealistką-romantyczką. Ale też się bardzo boję, bo jestem Agatą i mam dużo w sobie emocji. Pobędę sobie więc jeszcze trochę w moim miejscu “nie wiem” – z wdzięcznością za wszystko, co mam i że przetrwałam do kolejnych urodzin. Może to wystarczy, żeby trochę podnieść wibracje.

Dziękuję, że jesteście i czytacie!

❤

Dodaj komentarz